Ustaliłem, że kobiety z klasy średniej i wyższej, progresywne millenialki, są najgorsze ze wszystkich demografii. Połączenie całkowitej obsesji na punkcie własnych myśli, traumy, chorób psychicznych oraz bardzo szczególnej wyjątkowości i spojrzenia na świat, które koncentruje się na przywileju/opresji, sprawiło, że nie tylko nie potrafią skutecznie radzić sobie z własnymi problemami życiowymi (polecam stoicyzm i podnoszenie ciężarów), ale także nie są w stanie dostrzec świata poza własnym ideologicznym/hiper-terapeutycznym ramieniem. Wydaje się, że myślą, iż język terapii rozwiąże ich własne problemy/problemy w relacjach, a język ideologiczny/polityczny rozwiąże problemy świata. To dziwne. Prawdopodobnie nieprzypadkowo są to również kobiety, które wszystkie biorą leki przeciwdepresyjne, benzodiazepiny na sen i leki przeciwlękowe. I są w terapii przez całe życie. Rzecz 'moje emocje są tak bardzo wyjątkowe i szczególne i potrzebują specjalnych tabletek i terapii, aby je naprawić, ale tak naprawdę nic z tego nie da się naprawić' w połączeniu z 'jestem tak empatyczna i tak bardzo dbam o uciskanych na świecie, a och, to takie przygnębiające, jak ktokolwiek może nie być tak empatyczny i wyrozumiały jak ja' to prawdopodobnie najbardziej irytujące połączenie irytujących cech osobowości. Ponadto wydaje się, że pogarszają wszystko dla siebie i dla innych. Ogólnie uważam, że to millenialsi są najgorsi ze wszystkich pokoleń. Jeszcze bardziej niż GenZ, którzy przynajmniej mają wymówkę, dorastając przed ekranami, i wydają się mieć jakieś oparte na faktach instynkty oraz lepsze poczucie humoru.