„Jeżdżę dla Ubera na nocnej zmianie. Spotykasz wszelkiego rodzaju ludzi. Pijaków, zakochanych, zmęczone pielęgniarki. O 2 w nocy odebrałem faceta z szpitala. Wsiadł na tylnym siedzeniu, wyglądając na oszołomionego. Nie powiedział ani słowa. Jechaliśmy w milczeniu przez dziesięć minut. Potem usłyszałem szlochanie. Zerknąłem w lusterko wsteczne. Patrzył przez okno, a łzy spływały mu po twarzy. „Trudna noc?” zapytałem cicho. „Moja żona,” wydusił. „Ona po prostu... rak. Odeszła.” Moje serce stanęło. Wyłączyłem licznik. „Nie zabiorę cię jeszcze do domu,” powiedziałem. Spojrzał na mnie, zdezorientowany. „Co?” „Nie możesz teraz iść do pustego domu. Jeszcze nie.” Zjechałem do całodobowej jadłodajni. „Chodź. Kawa i ciasto. Na mój koszt.” Zawahał się, a potem skinął głową. Siedzieliśmy w tej budce przez trzy godziny. Opowiadał mi o jej śmiechu. Jak się poznali. Jak nienawidziła groszku. Po prostu słuchałem. Kiedy w końcu wysadziłem go o 6 rano, słońce zaczynało wschodzić. Uścisnął mi rękę. „Dziękuję,” powiedział. „Za to, że nie kazałeś mi być samemu w ciemności.” Tego wieczoru nie zarobiłem ani grosza. Ale to była najważniejsza jazda w moim życiu.” ~Shihaan Hussain